13. BOŻE NARODZENIE
I znów znaleźliśmy się w Nowych Sokolnikach. Stiebłowowie ulokowali nas w małym domku na tyłach ogrodu. Niegdyś była tam rosyjska "bania", ale przerobiono ją na dom gościnny złożony z dwóch pokoików i przedpokoju. Pani Natalia Stiebłowa, wychowana na francuską modłę i zapatrzona w kulturę zachodnioeuropejską, urządziła w swoim mieszkaniu łazienkę z dużą blaszaną wanną, wobec czego łaźnia w ogrodzie stała się zbędna. Pokoje gościnne umeblowane były ze smakiem i pewnym wykwintem, którego nikt by się nie domyślał patrząc z zewnątrz na chałupę z grubych belek, krytą słomianą strzechą.
Matka od razu zabrała się do rozpakowywania waliz, wyjęła kilka pudełek, w których najwyraźniej znajdowały się upominki gwiazdkowe, zawiesiła w szafie suknie i bluzki; następnie, mrużąc krótkowzroczne oczy, zaczęła przyglądać się meblom, wykryła tu i ówdzie kurz, na co była szczególnie wrażliwa, i niezwłocznie zabrała się do odkurzania sprzętów oraz różnych drobiazgów zapełniających pokoje. Po wykonaniu tych wszystkich czynności przebrała się i poszła do głównego budynku zabierając paczuszki z prezentami.
W kuchni, w przepaścistym rosyjskim piecu, dwie kucharki piekły razowe chleby. Trwały ostatnie przygotowania do Świąt. Mademoiselle Aillot, błyszcząca od potu jak miedziany rondel, ubijała białka. Nawet Tekla, która przyjechała do Gawriły i miała dość własnych zajęć, wpadła pomóc Natalii Gieorgiewnie.
Ojciec zabrał nas oraz córeczki Stiebłowów na spacer, żebyśmy nie przeszkadzali.
Stiebłowowie mieszkali w domu zajmowanym poprzednio przez Kawryginów. Spojrzeliśmy z daleka na dwa sąsiednie domy - ten, w którym jeszcze tak niedawno mieszkała nasza rodzina, i ten, który przed kilku miesiącami opuścił Jurczenko. Serce ścisnęło mi się, gdy pomyślałem, że na "wielkim kamieniu" siadują teraz jacyś obcy ludzie.
To przecież nasz kamień - myślałem. - Podobno spadł z nieba. A skoro w niebie, jak twierdzi panna Kazimiera, mieszkają aniołowie, to widocznie aniołowie życzą sobie, aby kamień należał do nas, i ojciec powinien był go zabrać do Wielkich Łuk. Teraz aniołowie mogą się na nas obrazić, tak jak Polina obraziła się na mnie... W Wielkich Łukach na kamieniu mogłaby siadywać Polina... Śliczna Polina ze złotym warkoczykiem i krzywym ząbkiem w uśmiechniętych ustach. To by się aniołom na pewno podobało.
- Tam mieszka Matwiejew, taki sam gruby jak nasz tata - objaśniła dwunastoletnia Wieroczka. - A tutaj - nowy naczelnik depo, inżynier Krasawiec...
- Pobił po twarzy woziwodę Waśkę - dodała poważnie Nadia.
Dzień był słoneczny i chropowata powłoka zamarzniętego śniegu skrzyła się jak osrebrzona wata pod choinką. W oddali, gościńcem przejechały chłopskie sanie. Słychać było wyraźnie dźwięk dzwoneczka. Ale zagłuszył go od razu gwizd parowozu jadącego do "wodokaczki". Brnęliśmy przez głębokie zaspy, a potem torem kolejowym poszliśmy w kierunku stacji. Szyny były śliskie jak szkło.
Po drodze ojciec wciąż spotykał znajomych kolejarzy i wymieniał z nimi ukłony.
Wala Kisłowa zobaczyła nas przez okno, otworzyła lufcik i wychyliła się tak, że omal nie wypadła.
- Dzień dobry, panie Stanisławie, Krysoczka, Adamczyk! - wołała po ukraińsku. - Zobaczymy się wieczorem...
Ja i czteroletnia Liuba, trzymając się za ręce, szliśmy daleko w tyle. Ojciec co pewien czas musiał przenosić nas przez głęboki śnieg. Wtedy Krysia i Wiera biegły naprzód i udawały, że nas nie znają.
Na peronie stacji widniała wielka postać Sinicyna w potężnej futrzanej czapie. Już z daleka machał do ojca i wołał tubalnym głosem:
- Prosimy, Stanisławie Bernardowiczu!
Wszystko było znajome i bliskie; z każdym zakątkiem wiązały się jakieś wspomnienia, na pozór błahe, a jednak niezapomniane.
Zziębnięci wróciliśmy do domu. Z niecierpliwością czekaliśmy chwili, gdy otworzą się drzwi od gabinetu i gruby, zezowaty pan Stiebłow przebrany za świętego Mikołaja rozda nam upominki.
Matka zapomniała, że w podobnych okolicznościach powinna mieć ból głowy, była wesoła i pisząc w powietrzu wskazującym palcem niewidzialne słowa, opowiadała zabawne historie, z których panna Aillot śmiała się prychając i zagryzając dolną wargę.
Natalia Gieorgiewna spoglądała jak gdyby nieco zdziwiona i słuchała z na wpół otwartymi ustami, ale nie śmiała się, gdyż jak twierdziła, od śmiechu robią się zmarszczki.
Stiebłowa była niezwykle szczupła. Miało się wrażenie, że cienkie jej ręce o długich palcach mogą złamać się przy lada gwałtowniejszym poruszeniu. Blada, delikatna twarz odcinała się od czarnych, gładko zaczesanych włosów o granatowym odcieniu, zasłaniających uszy i związanych na karku w gruby węzeł. Była pod każdym względem całkowitym przeciwieństwem Poliny - żywej, zaczepnej, wylewnej. Może dlatego właśnie inżynier Żakowicz po doznanym zawodzie miłosnym zwrócił swe afekty do Natalii Gieorgiewny, której ulegał bez zastrzeżeń, i nieraz narażając się na śmieszność spełniał wszelkie, najbardziej nawet niedorzeczne jej zachcianki. Ponieważ jednak strzelał do siebie nie przez nią i nie dla niej, lubiła mu dokuczać i mawiała o nim często: "nasz niezrównany samobójca".
Ojciec Natalii Gieorgiewny, hrabia czy też baron O'Brien de Lassy, zwany powszechnie Brandelasem, despota i pyszałek, słynny ze swego sknerstwa na całą Kijowszczyznę, początkowo wspierał swą jedynaczkę, gdy jednak podczas bytności u niej zauważył, że czytuje France'a i wszelką inną "bezbożną swołocz", trzasnął drzwiami, wyjechał najbliższym pociągiem i zerwał z córką stosunki.
Wieści nadchodzące z Kijowa donosiły, że Brandelas boleje z racji zerwania, ale Natalia Gieorgiewna gotowa była wyrzec się raczej ojca aniżeli modnej literatury francuskiej. Rozczytywała się w niej leżąc po całych dniach na starej "rekamierze" obitej seledynowym adamaszkiem i popijała przy tym francuskie ziółka na podniesienie białości cery, zalecane przez kijowskiego aptekarza. Do ulubionych jej pisarzy należał Octave Mirbeau, z którym, naśladując panią Hańską, przy pomocy panny Aillot nawiązała korespondencję. Naprzód egzaltowała się jego książkami, twierdziła, że gdyby miała syna, dałaby mu na imię Sebastian, takie bowiem było imię bohatera jednej z powieści Octava Mirbeau, a potem zaczęła pisywać do niego sążniste listy o stosunkach panujących w Rosji, o niedoli chłopów, o nędzy i bezprawiu, o smutnym losie rosyjskiego ludu. Mirbeau odpisywał, a listy jego przechowywane były jak relikwie w szkatułce zamykanej na srebrny kluczyk.
Niemałą satysfakcję musiała sprawić Natalii Gieorgiewnie otrzymana w kilka miesięcy później wiadomość, że w Paryżu zawiązało się Towarzystwo Przyjaciół Ludu Rosyjskiego z Octavem Mirbeau i Anatolem France'em na czele. Mirbeau dawał Stiebłowej do zrozumienia, że nadsyłane przez nią informacje natchnęły organizatorów nowo powstałego Towarzystwa, a nawet miały pewien wpływ na uchwalenie "Manifestu do proletariatu francuskiego". Natalia Gieorgiewna pod akompaniament westchnień panny Aillot wielokrotnie odczytywała wzruszający urywek listu sławnego pisarza: "Niech pani, szlachetna moja przyjaciółko, oświadczy swoim rodakom, że lud robotniczy Paryża jest z wami! Liczcie na nas! Nasza pomoc dla ludu rosyjskiego jest zapewniona!"
W tym miejscu panna Aillot zaczynała głośno szlochać, wycierając oczy i nos równocześnie.
Stiebłow, ten jowialny i dobroduszny grubas, był starym działaczem rewolucyjnym. Wraz z Morozowem należał do tajnej organizacji terrorystycznej "Wolność albo Śmierć", kilka lat przesiedział na zesłaniu w Minusińsku, a po osiedleniu się w Nowych Sokolnikach stanął na czele ruchu robotniczego wśród kolejarzy, u których miał wielki posłuch. Nic więc dziwnego, że do romantycznej korespondencji żony odnosił się z łagodną i pobłażliwą ironią, narażając się przez to nie tylko Natalii Gieorgiewnie, ale i pannie Julii. Biedna Francuzica, brzydka jak nieszczęście, przykładała znacząco palec do czoła i mówiła z politowaniem, wskazując na Stiebłowa: Mon cou-cou de Moscou.
Wierzyła w szlachetność swojej ojczyzny i w autorytet francuskiego pisarstwa; rosyjskiej literatury nie znała, ale gdy Maksym Gorki opublikował płomienną apostrofę do Anatola France'a, czciła go odtąd jako największego pisarza Rosji.
- C'est un Zolá, c'est encore plus que Zolá! - mówiła krzywiąc się niewiarygodnie i przygryzając dolną wargę.
Była to najwyższa pochwała, na jaką stara Francuzka mogła się zdobyć.
Jeśli chodzi o Natalię Gieorgiewnę, to zyskała z czasem wielki rozgłos nie tylko w okolicy, ale także w sferach postępowej inteligencji Petersburga. Zwrócono się do niej z prośbą, aby pozwoliła opublikować fragmenty niektórych listów Octava Mirbeau, a jedno z pism zamieściło jej fotografię. Podkreślano różnicę pomiędzy nią a panią Hańską, której korespondencja z Balzakiem nie odegrała żadnej roli politycznej. Natalia Gieorgiewna ani się spostrzegła, jak fama wyolbrzymiła jej zasługę i uczyniła z niej niemal rewolucjonistkę. Ta wątła, egzaltowana istota w końcu sama uwierzyła w swe nowe posłannictwo i zachęcona przez pannę Aillot zabrała się do studiowania życiorysu pani Rolland.
Działo się to wszystko w pierwszych miesiącach roku 1905, w okresie wzmagających się strajków, rozruchów chłopskich, pierwszych walk ulicznych i coraz to nowych klęsk na Dalekim Wschodzie.
Niepotrzebnie jednak wybiegam naprzód i wyprzedzam zdarzenia, na razie bowiem, dnia 24 grudnia 1904 roku, o godzinie szóstej po południu, Natalia Gieorgiewna smukła i blada, w pąsowym szalu na ramionach, weszła do salonu i skinąwszy na Żakowicza powiedziała omdlewającym głosem:
- Waldemar... już czas...
Wtedy Żakowicz uderzył w zaimprowizowany gong. Rozwarły się drzwi do gabinetu i ukazał się w nich pucołowaty święty Mikołaj z zadartym nosem i potężnym zezem, ze sztuczną siwą brodą do pasa.
W gabinecie na wielkiej choince płonęły świece. Święty Mikołaj rozdał upominki, a inżynier Żakowicz przy akompaniamencie Natalii Gieorgiewny odśpiewał polską kolędę. Wiera, Nadia i Liuba, w sukienkach z różowego muślinu, odtańczyły modnego walca "Na sopkach Mandżurii". Potem jeszcze, na prośbę mojej matki, Natalia Gieorgiewna zaśpiewała niskim altem pieśń "Był u Christa Mładienca sad..." Na tym zakończyła się część artystyczna.
Niebawem przyszli doktorostwo Warżańscy z Wiciuniem i Dziunią, Mitrofan Pawłowicz Kisłow z Walą, nauczycielka Szandybina...
Dzieci siedziały przy osobnym stole z panną Julią, która mieszkała od lat piętnastu w Rosji, ale nie nauczyła się mówić po rosyjsku i śmieszyła nas fatalną wymową i zabawnym brzmieniem przekręcanych wyrazów.
Starsi pili wódkę i wino. Stiebłow, żarłok i smakosz jadł i pił za trzech, wznosząc nieustannie toasty. Nie zapomniano też wypić zdrowia Jurczenki. Naśladując dorosłych, trącaliśmy się kieliszkami napełnionymi musującym kwasem żurawinowym. Miałem wielką ochotę wypić za Polinę, ale spojrzałem na Żakowicza, bladego, z kroplami potu na czole, i pomyślałem, że lepiej nie przypominać mu Poliny. Krysia wyręczając matkę nieustannie mnie strofowała:
- Nie cmokaj...
- Nie jedz tyle...
- Nie opieraj łokci na stole...
Początkowo puszczałem mimo uszu jej uwagi, ale w pewnej chwili rozzłościłem się i chlusnąłem zawartością kieliszka na jej nową sukienkę. Panna Aillot zaniemówiła, a Krysia złapała mnie za włosy i zaczęła tarmosić tak mocno, że podniosłem krzyk. Zanim nas rozdzielono, zdążyliśmy strącić na podłogę kilka kieliszków i talerzyków. Powstało zamieszanie. Nadbiegła matka i szybko opanowała sytuację: kazała nam wstać od stołu i za karę zamknęła nas w oddalonym pokoju dziecinnym. Siedzieliśmy na ceratowej sofie nie odzywając się do siebie. Wala przyniosła nam po kawałku ciasta i po mandarynce. Odosobnienie to trwało tak długo, że wreszcie skuliłem się i zasnąłem.
Obudziłem się nazajutrz w swoim łóżku. Byłem obrażony na matkę i zły na Krysię. Ojciec już nie spał. Wsunąłem się do niego pod kołdrę i chcąc zachować powagę osoby urażonej, powiedziałem naśladując głos i intonację Frołowa:
- Port Artur padł... To ten sukinsyn Stessel sprzedał nas Japończykom.
Ojciec parsknął śmiechem, ale natychmiast spoważniał i zapytał:
- Skąd wiesz?
- Czytałem w gazecie.
- Czytałeś? To może i teraz mi coś przeczytasz - powiedział biorąc z nocnego stolika "Moskowskije Wiedomosti".
Bez trudu przeczytałem kilka zdań. I dopiero wtedy ojciec ze zdumieniem stwierdził, że nie wiedzieć kiedy, sam nauczyłem się czytać drukowane litery.
- Kto cię nauczył czytać?
- Gawriła...
- Lubisz Gawriłę?
- No...
- Wiesz co... - powiedział naraz ojciec - ubierz się szybko, pójdziemy go odwiedzić... Tekla na pewno się ucieszy.
- A co powie mama?
- Wymkniemy się po cichutku.
- A Kryśka?
Krysia spojrzała na mnie i rzuciła przez zęby:
- Zaczekaj, ja ci jeszcze pokażę, smarkaczu... - po czym odwróciła się do ściany i natychmiast zasnęła.
Ojciec pomógł mi zasznurować buciki i niebawem, stąpając na palcach, opuściliśmy nasz mały domek. Śnieg walił dużymi płatami, droga do furtki była zasypana. Szliśmy przez ogród, na przełaj, brnąc po kolana w śniegu, aby nas nikt nie zobaczył przez okna z domu Stiebłowów, gdzie przygotowywano dla nas śniadanie.
- Tekla da nam herbaty - rzekł ojciec.
Ruszyliśmy znanymi dobrze torami w kierunku depo, minęliśmy obrotnicę i skręciliśmy w prawo, gdzie w odległości kilkudziesięciu sążni stał murowany budynek. Na dole była kuźnia, na pierwszym piętrze mieściły się pokoje maszynistów. W jednym z nich mieszkał Gawriła.
Na korytarzu pachniało kwaszoną kapustą i pleśnią. Było ciemno. Ojciec zapalał zapałki, żeby trafić do właściwych drzwi.
- O, to tutaj... - powiedział i zapukał.
Nikt się nie odezwał.
Ojciec zapukał mocniej.
- No, czego tam? Wejść! - doleciał opryskliwy męski głos zza drzwi.
W zadymionym, zakopconym pokoju, na niewielkiej płycie kuchennej nakrytej papierem stały świąteczne przysmaki i parę napoczętych butelek.
Na skotłowanym łóżku siedziała skulona, zapłakana Tekla, przyciskając obie pięści do twarzy. Na kuferku siedział posępny Frołow. Dokoła panował nieopisany nieład, fruwało pierzem, poniewierały się książki, gazety, zapisane kartki...
Na widok ojca Frałow zerwał się z kuferka. Tekla nieznacznie pokiwała głową.
- Aresztowali go? - zapytał ojciec zwracając się do Frołowa.
- Ech, panie naczelniku, nie tylko Zubariowa... - odrzekł Frołow. - Buszowali tutaj przez całą noc... Przewrócili wszystko do góry nogami.
- A kogo jeszcze zabrali?
- Gusiewa i Romaniuka... Romaniukowi założyli kajdanki. Zubariow protestował, ale nic nie pomogło... Nawet nie wiadomo, dokąd ich wywieźli, dranie!
Ojciec starał się pocieszyć Teklę i namawiał ją, żeby poszła razem z nami do Stiebłowów.
- Nie, proszę pana, pojadę do Wielkich Łuk... Mieszkania trzeba pilnować.
- Źle się stało, panie naczelniku, że pan tu przyszedł - powiedział nagle szeptem Frołow. - Ten szpicel "sztundysta" kręci się koło domu.
- Nie szkodzi. Dajcie znać o tym, co zaszło, Winniczence... Ja poinformuję Stiebłowa... I postarajcie się wyjechać... Chociażby do Windawy albo do Dźwińska...
Wracaliśmy do domu zgnębieni. Oglądałem się od czasu do czasu, aby zobaczyć "sztundystę", ale widziałem tylko idącego w pewnym oddaleniu za nami Frołowa. Ojciec milczał. Śnieg zacinał ukośnie, zasypując usta i oczy. Szliśmy powoli, przetrawiając, każdy na swój sposób, wiadomość o aresztowaniach. I w tej właśnie chwili poczułem znowu silne bóle w dolnej części brzucha.
- Tatusiu... Boli mnie... - powiedziałem wreszcie, gdy nie mogłem już iść.
Ojciec wziął mnie na ręce. Atak się wzmagał.
Wkrótce leżałem w łóżku, a doktor Warżański zimnymi palcami obmacywał mi brzuch.
W ogrodzie wicher z szumem kołysał ogołocone drzewa. Zaczęła się zadymka.
14. KŁÓTNIA Z TEKLĄ
Przeminęły spokojne dni. Nad naszym domem zawisła troska. Aresztowanie Gawriły wskazywało na to, że ktoś, komu ufano, złożył donos. Podejrzewano majstra Liwera, pomocnika maszynisty Sliepowa, wymieniano Sinicyna, a raz nawet padło imię Jegora. Matka niepokoiła się o ojca, ojciec zaś przejęty był głównie moją chorobą. Doktor Warżański stwierdził, że jest to już drugi atak wyrostka robaczkowego i że trzeba koniecznie zwrócić się do chirurga.
Matka początkowo chciała jechać ze mną do Warszawy, ale doktor Warżański namówił rodziców, aby zawieźli mnie do Petersburga, gdzie mieszkał jego przyjaciel znany chirurg Minejko i dokąd było znacznie bliżej. Uważał sprawę za pilną i od razu napisał do Minejki list z zapytaniem, kiedy możemy przyjechać.
Po kilku dniach atak minął i gdy tylko wolno mi było wstać z łóżka, wyruszyliśmy z powrotem do Wielkich Łuk.
Twarz Tekli ze zmartwienia pociemniała jeszcze bardziej. Odkąd aresztowali Gawriłę, "Cyganicha" straciła swą zwykłą wesołość i rozmowność, stała się zamyślona i nawet na mnie, który byłem jej oczkiem w głowie, burczała od czasu do czasu, zwłaszcza gdy miała pranie.
Jeszcze dziś pranie stanowi w każdym domu jakąś małą klęskę. Wtedy zaś, przed półwiekiem, ludzkość przeżywała epokę sztywnych kołnierzyków, mankietów i gorsów, którym jedynie szczególne talenty praczek i prasowaczek umiały nadać odpowiednią białość, połysk i gładkość. Najmniejsze niedbalstwo powodowało wystrzępienie nakrochmalonego płótna, zamieniając kołnierzyki w nieznośne tarki. Ocierały one szyję do czerwoności i zmuszały mężczyzn do wykonywania osobliwych ruchów szczękami i głową, podobnie, jak to czynią psy, gdy chcą uwolnić się z obroży. Z czasem nieznany racjonalizator wprowadził odginane rogi, później nastąpił jeszcze okres kołnierzyków sztywnych wykładanych, potem półsztywnych i dopiero po wielu latach jakiś wspaniałomyślny reformator, prawdziwy dobroczyńca praczek i mężczyzn, uprościł obyczaje, rozgromił starą modę i pozwolił na noszenie miękkiej bielizny. Niesłusznie więc ci, którzy lubią wzdychać do "dawnych, dobrych czasów", zazdroszczą swoim ojcom. Niechby spróbowali nosić na co dzień sztywne chomąta i mankiety wylatujące przy żywszej gestykulacji z rękawów; niechby spróbowali oddawać sztywną bieliznę do spółdzielczych pralni; niechby...
Ale wróćmy do Tekli.
Któregoś dnia, gdy prała, musiała być szczególnie rozdrażniona. Cygańskimi swymi oczami łypała groźnie na Krysię, która wyskrobywała ze słoika resztki powideł i łaskawie pozwalała mi od czasu do czasu oblizać łyżeczkę. W pewnej chwili na płycie zagotował się kocioł z bielizną i krople wrzątku prysnęły na plecy Tekli. Syknęła tylko, odwróciła się do nas i wycedziła ze złością przez zęby:
- Idźcie sobie! Idźcie stąd! Jesteście takie same czerti jak wasza matka! Nie ma czego tu się kręcić!
Wyszedłem obrażony i nie wchodziłem odtąd do kuchni. Było to wielkie wyrzeczenie z mojej strony, gdyż zaczęły się tak zwane "krieszczenskije morozy" i matka wypuszczała mnie tylko na krótkie spacery.
Jegor jak zwykle czekał na ojca i odwoził go do warsztatów, a potem przywoził na obiad do domu. Obaj wracali tak zmarznięci, że wypijali po kieliszku wódki, a Jegor długo jeszcze grzał się przy płycie kuchennej. Ojciec wyruszał z domu w filcowych butach i w futrze z bobrowymi kołnierzami, wciskając na oczy futrzaną czapkę. Ale Jegora słabo grzał jego łatany kożuszek i wytarte walonki...
Sylwestra rodzice spędzili u Jakubów. Było to równocześnie pożegnanie Poliny, która opuszczała Wielkie Łuki i wyjeżdżała do Kijowa na kursy medyczne. W Nowy Rok przyszły do nas we dwie, z Raisą. Pola miała siny nos i czerwone ręce. Była prześliczna! Ojciec wziął mnie na kolana i podczas rozmowy z dziewczętami rzekł nagle:
- Adasiu, co to? Rozpięte majteczki?
Miałem siedem lat, ale poczułem się skompromitowany wobec ukochanej kobiety. Wybiegłem z pokoju, zapiąłem się, a gdy wróciłem do ojca na kolana, niepostrzeżenie rozpiąłem mu guziki rozporka. Po chwili zsunąłem się na podłogę i zawołałem głośno:
- Tatusiu, co to? Rozpięte spodnie?
Ojciec zawstydzony wszedł za chiński parawan, a matka, która poznała się na mojej złośliwości, rzekła z wyrzutem w głosie:
- O, nie! Ty nie jesteś dobre dziecko.
Składanie noworocznych wizyt było w tym czasie w Rosji zwyczajem powszechnym i niemal obowiązującym, toteż dnia tego drzwi się u nas nie zamykały. Przyszedł pan Firk i doktor Rybiński, zastępca ojca - inżynier Kociubiński, państwo Łyczewscy, sędzia pokoju Dołmacz, który zapowiedział, że w dzień "Krieszczenija", czyli na Trzech Króli, wykąpie się w przeręblu; przyjechał nawet Jegor z żoną Jewdokią i dwojgiem dzieci: Kolą i Gruszeńką. Ostatni zjawił się Iwan Charitonowicz Mieńszykow w długim, szarym surducie i w lśniących butach z cholewami. Zaproponował rodzicom wynajęcie od kwietnia domu Zarieckiej, którym administrował. Był to dom pięknie położony tuż nad Łowatią i miał trzy łączące się z sobą ogrody: kwiatowy, warzywny oraz sad słynący w Wielkich Łukach z najlepszych gatunków jabłek.
Matka przeraziła się na myśl o nowej przeprowadzce, ale wreszcie oświadczyła, że zgadza się ze względu na dzieci. Poza tym dogadzało jej również to, że dom Zarieckiej stał po tej stronie rzeki, gdzie mieszkali Jakubowie, i że niedaleko, w odległości najwyżej stu sążni, wznosił się ubogi, podobny do kurnika domek zajmowany przez Łyczewskich.
Roztaczając przed rodzicami zalety nowego mieszkania i rysując jego plan, Mieńszykow gładził wypielęgnowaną brodę i z naciskiem podkreślał swoją bezinteresowność i życzliwość:
- Wyzbywam się z własnego domu takiego lokatora jak pan, Stanisławie Bernardowiczu, ale przecież nie wszystko w życiu robi się dla pieniędzy. Saszka tępogłów nie chce tego zrozumieć - wie pan, ten krewniak żony, sierota, co to w sklepie posługuje. Mało mu płacę, powiada, a dostaje rubla i trzy funty cukru na miesiąc; Wasylisa jeszcze podkrada dla niego to i owo. No, ale Bóg z nimi...
Po obiedzie przyjechał zamówiony Jegor i z kolei ojciec udał się z kilkoma wizytami. Patrzałem za odjeżdżającymi sankami chuchając na zamarzniętą szybę. Przez czyste i jakby lekko falujące powietrze widać było wały, chłopców zjeżdżających na sankach, samotnie stojącą starą basztę i błyszczący w słońcu krzyż dalekiej kapliczki z czasów Piotra Wielkiego.
Matka położyła się spać, Krysia poszła na górę do Żeni, na Teklę byłem obrażony.
Szybko ściemniało się i nuda zalegała dom. Tak minął pierwszy dzień nowego,
1905 roku. Nazajutrz była niedziela, a w poniedziałek nadeszły bilety wizytowe
z życzeniami noworocznymi od znajomych z Nowych Sokolników, z Witebska, z Kijowa
i Petersburga, a także listy od krewnych z Warszawy. W jednej z kopert
znajdowała się kartka od Kazia do mnie. Pogłaskało to moją ambicję, gdyż Kazio
miał podówczas dwanaście lat. Pisał o różnych sprawach związanych z podwórkiem
na Włodzimierskiej, dla popisu wtrącił parę wyrazów po rosyjsku; zakończył zaś
list słowami: "Ściskam cię, za co wolisz, a Krysię trzymaj ostro, niech zna
mores przed mężczyzną".
Tym mężczyzną byłem ja!
Przyszła również odpowiedź od profesora Minejki. Zawiadamiał, że w tym tygodniu ma kilka poważnych operacji, nie omieszkał też nadmienić, że jest wezwany na konsylium do Carskiego Sioła do Wielkiego Księcia Włodzimierza, i proponował, aby ojciec przywiózł mnie do niego w najbliższą niedzielę, gdyż później wyjeżdża na Krym.
Zaczęły się więc przygotowania do podróży. Matka, jak zwykle, od razu wpadła w popłoch i wydawała Tekli tyle różnych poleceń, ile u kogo innego wymagałby wyjazd na biegun. Ojciec z milczącą pokorą przyjmował wskazówki co do postępowania w drodze i w Petersburgu, notował sobie instrukcje dotyczące mojej osoby i składał solenne obietnice, że nie pogubi kluczyków od walizek i nie będzie "wyrzucał pieniędzy w błoto". Rozumiałem to dosłownie i martwiłem się, że błoto jest zamarznięte i wskutek tego ojciec będzie musiał odmówić sobie ulubionej widocznie rozrywki.
Krysia usiłowała zbagatelizować mają podróż i tłumaczyła matce, że wyjeżdżamy przecież na kilka dni zaledwie; że Petersburg to miasto na wodzie, w którym mieszkają sami Czuchońcy.
- A cesarz? - zawołałem.
- Cesarz przyjeżdża na godzinę wodną drezyną, zabija kilku robotników i zaraz wyjeżdża.
- Dokąd wyjeżdża?
- Jak to dokąd! Do pałacu, do Carskiego Sioła.
- A po co zabija robotników?
- Bo się buntują.
Uświadomienie polityczne Krysi pochodziło od Żeni Firk; kiedy matka usiłowała jej wytłumaczyć, że plecie głupstwa, odpowiadała:
- Mamusia nie wie... Pan Firk jest Niemiec i cesarzowa jest Niemka. Oni sobie wszystko mówią...
W dzień "Krieszczenija" poszliśmy wszyscy nad rzekę. Obok ślizgawki wyrąbany był przerębel. Miejscowy pop w otoczeniu chorągwi kościelnych, poprzedzany przez diakona z ikoną, odprawił nabożeństwo na pamiątkę chrztu w Jordanie. Po nabożeństwie sędzia Dołmacz, nie bacząc na trzaskający, iście trzykrólski mróz, szybko zrzucił ubranie, przeżegnał się i wskoczył do przerębla. Kąpiel trwała krótką chwilę, ale mnie aż dreszcz przeszedł po plecach. Na wąsach sędziego w jedno oka mgnienie ukazały się sopelki lodu. Wszyscy byli tak poruszeni tym wydarzeniem, że mało kto zauważył rosłego chłopa, który zbliżył się do przerębla ciągnąc za włosy dziewczynę; zanim się kto zorientował, przemocą wepchnął ją w ubraniu do wody. Rozległ się zwierzęcy niemal ryk i skowyt. Po kilku sekundach dziewczyna wyrwała się z rąk oprawcy, wygramoliła się na lód i puściła się biegiem do szopy, gdzie dla użytku łyżwiarzy palił się żelazny piecyk. Poznałem ją. Była to owa obłąkana - "jurodiwaja", którą widziałem na bazarze. Według panującego w Rosji zabobonu, kąpiel w przeręblu uzdrawia z obłędu.
Mój ojciec był oburzony, ale nikt nie podzielał jego oburzenia.
- Czego się, baria, gniewasz? Święta woda nie takich uleczyła. Mój brat cierpiał na wieczną czkawkę, a - jak w "Krieszczenije" wykąpał się w przeręblu, to ani-ani, jakby ręką odjął...
Wieczorem, gdy byłem już w łóżku, przyszła zapłakana Tekla i głaszcząc mnie po głowie zaczęła mówić szybko i bezładnie:
- Adasieczka, ty się nie sierdź... Ja już o tego Gawriłę to chyba zrobiłam się oszalała... Ja wiem, że to była pakość...
Odrzekłem jej słowami Mieńszykowa, które zapamiętałem, gdyż wydały mi się bardzo mądre:
- Przecież nie wszystko w życiu robi się dla pieniędzy...
Słowa te musiały dotknąć ją do żywego. Cofnęła się i zamarła na chwilę...
- Dla pieniędzy? Ja, dla pieniędzy? Cipun ci na język! Niedobre dziecko!
Wyszła obrażona, ale po chwili wróciła i przyniosła mi lukrowany różowy piernik:
- Masz, pranik dla ciebie... Na drogę...
Mówiąc to przytuliła mnie do siebie z macierzyńską tkliwością.
Zapachniało od niej mydłem i świeżo wypraną bielizną.
Potem powiedziała "dobranoc" i zdmuchnęła lampę.
15. STYCZNIOWA NIEDZIELA
W Petersburgu zatrzymaliśmy się u brata matki, wuja Bronisława, który mieszkał przy Drugiej Rocie. Był to stary kawaler, nieco zdziwaczały. Zajmował się konserwacją fortepianów, uchodził za dobrego stroiciela, toteż całe mieszkanie miał zastawione instrumentami. Tu i ówdzie, pod ścianami i na podłodze, piętrzyły się czarne blaty, pedały, zwoje strun oraz różne bańki i butle, a w powietrzu unosił się ostry zapach politury. Pokoje były duże, brudne i ciemne. Utrzymanie porządku w tym ogromnym lamusie przekraczało siły i możliwości starej służącej Darii.
Wuj Bronisław odstąpił nam swoją sypialnię, w której stało szerokie łoże z baldachimem spiętym u góry czymś w rodzaju drewnianego amora. Amor za lada poruszeniem chwiał się i groził runięciem.
Pod oknem stał składany stolik do kart. Daria nakryła go poplamionym obrusem i podała obiad. Wuj był mrukowaty i wypowiadał od czasu do czasu oderwane zdania na temat szerzących się w całym mieście strajków, na temat wojny, ale głównie utyskiwał na nieuczciwość stolarzy, których u siebie zatrudniał i których posądzał o kradzież zegarka.
- Tu, panie święty, w tym Pitrze są same łotry. Mikołaj łotr i Witte łotr, i ta strajkująca hołota... Każdy naród ma taki rząd, na jaki zasłużył... Albo ci stolarze... Klawesyn upuścili na podłogę, rozwalili pudło... Zegarek ukradli... A przecież płacę rzetelnie... I wódkę daję...
Mówiąc to szarpał rudawy wąsik palcami brunatnymi od pokostu i politury. Do mojej matki nie był podobny, chyba tylko o tyle, że tak samo jak ona mrużył krótkowzroczne oczy. Nie wykazywał, zresztą, zbytniego zainteresowania siostrami i w rozmowie nie omieszkał zauważyć, że krewnych na ogół unika, ale ojca szanuje i dlatego okazuje nam tak wyjątkową gościnność.
- Cóż... Siostry robią kariery przez zamążpójście... Benedykt - dorobkiewicz, Leopold - belfer, muzykus na miarę muzykantów z Bremy, wiesz, tych z braci Grimm... Ty jeden jesteś czymś... Można cię, ostatecznie, szanować...
Po obiedzie wyszliśmy z domu. Na Wasilewskim Ostrowie kolejne Roty krzyżowały się z kolejnymi Liniami. Wuj mieszkał na Drugiej Rocie, ale wśród tych wszystkich Rot, mimo ich nazwy, nie było widać wojska.
Zapadał już mrok i zapalano latarnie. Szliśmy w kierunku Newy. Śnieg skrzypiał pod nogami i wiedziałem z góry, że ojciec, jak zwykle przy podobnej okazji, zadeklamuje:
Wdrug posłyszałos' budto snieg chrustit...
Ale omyliłem się. Ojciec nachylił się do mnie i kazał mi rozcierać nos, abym go sobie nie odmroził.
Ruch na ulicach był nieporównanie większy niż w Warszawie, a przechodnie bardzo się dokądś śpieszyli. W niektórych bramach domów stali żandarmi. Jakiś człowiek bez czapki biegł środkiem jezdni i mijając nas krzyknął:
- Przez Litiejny przejechała kawaleria!...
Pod latarnią stała grupka ludzi. Stary człowiek bez nogi, sylabizując, czytał coś z ceratowego notesu. Słuchano go w poważnym skupieniu. Zatrzymaliśmy się przy nim i usłyszeliśmy zdanie:
"A jak nie odezwiesz się na nasze błagania, umrzemy tu, na tym placu, przed twoim pałacem..."
Wuj obruszył się:
- Chodźmy... Durnie, i tyle... Fulon im pokaże...
Jeden z grupy, pewnie Polak, zrozumiał słowa wuja i powiedział groźnie:
- Ty! Lepiej byś milczał!... Prowokator!
Grupa szybko się rozproszyła, tylko stary człowiek bez nogi podszedł do nas i rzekł:
- Car-batiuszka naród kocha... Ale bez narodu to i car niepotrzebny.
I pokuśtykał przed siebie postukując drewnianą kulą.
Wuj Bronisław przygryzł wąsy i mrużąc oczy odprowadził go pogardliwym spojrzeniem.
Ojciec wziął mnie za rękę i patrząc na wuja mruknął z niechęcią:
- Zapomniał wół, jak cielęciem był... Chodźmy!
Ruszyliśmy ku domowi, wuj Bronisław szedł parę kroków za nami. Zdawało się, że z ojcem nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia. Zresztą, zmęczeni podróżą, po powrocie do domu, położyliśmy się od razu do łóżka. Przytulony do ramienia ojca szybko zapadłem w sen. Obudziły mnie dopiero głosy cerkiewnych dzwonów, które wzmagały się z minuty na minutę.
Wyszorowany przez Darię, przyczesałem nieposłuszne włosy, jak tylko umiałem najlepiej, i niecierpliwie czekałem na ojca. Zjedliśmy śniadanie i szybko wyruszyliśmy z domu, gdyż profesor Minejko wyznaczył nam wizytę wczesnym rankiem.
Ulica wyglądała odświętnie. Ludzie szli środkiem ulic, niektórzy mężczyźni byli bez czapek - jak przed cerkwią podczas nabożeństwa. Natłuszczone włosy błyszczały w promieniach słońca. Kobiety o czerwonych policzkach nawoływały dzieci, przytupywały w miejscu dla rozgrzewki, kuliły się z zimna pod murami...
Z oddali dobiegały pienia; ulicę przecięła ni to procesja, ni to pochód, powiewając cerkiewnymi chorągwiami.
Ojciec zawołał sanki. Czarnobrody dorożkarz o cygańskich oczach, podobny do Tekli, zajechał z fantazją, okrył nam nogi baranicą, zaciął konia i ruszył pod wskazany adres.
Z trudem przeciskaliśmy się przez narastający tłum. Rozglądałem się dokoła, wychylając głowę z baszłyka. Wobec potężnych granitowych budowli, wobec pałaców i mostów Petersburga, jakże uboga stawała w mej pamięci Warszawa! Przed nami rozpościerał się olbrzymi plac; w głębi placu widniały żelazne sztachety parku. Środkiem placu posuwała się szeroka kolumna ludzi. Na przodzie trzej starcy dźwigali wielki portret cara Mikołaja, inni nieśli ikony i chorągwie. Dorożkarz zatrzymał się. O przedostaniu się przez tłum na drugą stronę placu nie mogło być mowy.
- Cóż to u was dzisiaj za święto? - zapytał ojciec.
Dorożkarz odwrócił się na koźle.
- A co? Nie widzisz, barin? Galówka. Car będzie wszystkich gorzałką częstował.
- Z jakiej niby okazji?
- Z takiej, że Japończykom zręcznie podstawiamy tyłek do bicia... Car dobry...
- A po co tyle wojska?
- Wiadomo - wojsko dla porządku.
W tej samej chwili ktoś z tłumu zawołał:
- Niech żyje wojsko!
Okrzyk ten podchwycony przez inne głosy wyleciał ponad plac i rozległ się z różnych stron, jakby powtarzany przez echo.
Pogodny, świąteczny nastrój udzielił się widocznie szwadronowi żandarmów, gdyż przejeżdżając uśmiechali się przyjaźnie do tłumów.
Ojca nie zadowoliło wyjaśnienie dorożkarza, zapytał więc jednego z przechodniów:
- Co to za uroczystość?
- Pan chyba nietutejszy... - odrzekł przechodzień.
- Istotnie... Właśnie przyjechałem...
- Od razu poznać! - rzucił zagadnięty, schował twarz w futrzany kołnierz i zniknął w tłumie.
Staruszek w nędznym kożuszku, podobny na pierwszy rzut oka do Jegora, podskakiwał na jednej nodze.
- Boże ty mój! Odmroziłem nogę! Na pewno odmroziłem! Przepuśćcie, prawosławni, a bodaj was!
Dziewczynka z jasnymi, prawie białymi warkoczykami i brwiami tarmosiła staruszka za rękaw, powtarzając w kółko:
- Dziaduniu, do domu! Dziaduniu, do domu...
- Na Wielką Koniuszenną przejechać nie da rady - rzekł dorożkarz, wytrzeszczając na nas czarne jak węgiel oczy. - Idź, barin, do parku Aleksandrowskiego, poczekaj, aż się skończy "demonstrancja". Nie ma co tu stać po próżnicy.
Wysiedliśmy z sanek; ojciec dał "izwoszczykowi" dwudziestkę i zaczęliśmy przeciskać się ku bramie parku.
Nagle zabrzmiał donośny dźwięk trąbki i tuż po nim rozległ się trzask dwóch następujących po sobie salw. Zagwizdały kule... Poczułem na karku przygniatający ciężar. Osunąłem się na ziemię. Ujrzałem obok siebie młodą dziewczynę. Z jej przestrzelonej głowy broczyła krew... Ktoś przeskoczył przeze mnie, ktoś inny zawadził o mnie nogą... Zewsząd rozlegały się krzyki i jęki...
- Pomóżcie, ludzie! - wołał mężczyzna w mundurze kolejarza, osłaniając sobą leżącą kobietę.
Ojciec chwycił mnie na ręce i wraz z tłumem biegnących wpadł do parku.
W oddali znowu zagrzmiała salwa karabinowa. Znowu świsnęły kule; ktoś zaskomlał obok cicho, jak pies.
- Czy pan oszalał!? - zawołała do ojca dziewczyna w zielonej chustce. Wyrwała mnie z jego ramion i postawiła na ziemi. - Chce pan, żeby panu dziecko zabili?
Ojciec bez słowa przycisnął mnie do siebie i okrył połą futra.
- Czy nie ma tu lekarza? - wołał podniesiony męski głos. - Lekarza! Lekarz potrzebny!
- Odsuń się od sztachet! Po co tam leziesz? - krzyczała jakaś kobieta.
Wydostałem się spod futra ojca i przyglądałem się wydarzeniom raczej z ciekawością niż z trwogą. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się dzieje, nie bałem się świszczących koło ucha kul, tylko widok krwi budził we mnie uczucie grozy.
Gdzieś daleko przegalopowała konnica, wzmagał się tumult na placu, ale środkiem posuwała się nadal spokojnie kolumna demonstrantów, niewzruszona w swojej ufności i determinacji.
Po chwili znowu padły strzały.
- Jesteśmy w potrzasku! - krzyczał niemłody już student wymachując sękatym kijem. - Zbrodniarze, zamknęli bramę!
- Wystrzelają tu nas wszystkich! Boże, zmiłuj się nad nami! - wołała kobieta okutana w wełnianą chustkę.
Kilku mężczyznom udało się przeleźć przez wysokie ogrodzenie, inni siedzieli na żelaznych prętach sztachet i lżyli żołnierzy. W słońcu mignęły szable... Tym razem salwa smagnęła po ogrodzeniu parku.
Dwaj młodzi ludzie zawiśli zaczepieni o spiczaste pręty. Trzeci, przeszyty kulami, spadł niedaleko nas zabarwiając krwią śnieżną zaspę.
Uwięzieni w parku ludzie zaczęli miotać się jak zwierzęta w klatce. Ojciec chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą w głąb alei. Gdzieś poza nami rozległy się wołania o pomoc. Biegliśmy przed siebie, potrącani przez innych biegnących szukać schronienia pomiędzy starymi drzewami.
- Zgubiłam złotą bransoletkę! Nie widział pan bransoletki? - wołała płaczliwie pulchna, wypudrowana jejmość zatrzymując ojca. Ale zanim ojciec zdążył odpowiedzieć, zwróciła się już z tym samym pytaniem do kogo innego.
- Ludzie powariowali chyba czy co... - zauważył ze spokojem barczysty blondyn w wysokich butach.
Zapłakana siwa pani błagała młodą dziewczynę:
- Maszeńka, doktor jest tam... Maszeńka, kochana... Prędzej... Prędzej...
Ojciec przez cały czas nie odezwał się ani słowem. Teraz, jakby sobie nagle o mnie przypomniał, zapytał:
- Adasiu, nie jesteś głodny?
Ale pytanie to rzucił raczej odruchowo, gdyż po chwili dodał:
- No! To jest chyba początek...
- Nie, nie jestem głodny... - odrzekłem nie rozumiejąc, o co ojcu chodzi.
Szliśmy teraz powoli, przeciskając się wąską aleją przez ciżbę zmarzniętych, przerażonych ludzi. Po bokach wznosiły się wysokie zwały śniegu.
W bocznej alei klęczał na ziemi starszy, siwy pan w złotych okularach i bandażował komuś głowę. Obok, żółta jak lalka z wosku, leżała dziewczynka o jasnych, prawie białych warkoczykach i brwiach...
- Doktorze, prędzej! Błagam! Doktorze! - zawołała pomarszczona, zsiniała z zimna kobiecina szarpiąc doktora za ramię. Ale doktor, niewzruszony i opanowany, odsunął jej rękę i kończył nakładanie opatrunku.
Dotarliśmy wreszcie do przeciwległej części parku. Brama i tutaj była zamknięta na wielki żelazny zamek, a ponadto związana ciężkim łańcuchem, z którego zwisała potężna kłódka. O wyłamaniu jej nie można było marzyć. Poszliśmy więc aleją wzdłuż ogrodzenia do miejsca, gdzie czterech krzepkich mężczyzn wyrwaną z ziemi ławką waliło w grube pręty jak taranem.
- E-ech! - komenderował jeden z nich. - Mocniej! E-ech!
Pręty głucho dźwięczały, ale żaden z nich nie drgnął.
Ojciec zbliżył się do ogrodzenia. Od tej strony na ulicy panował względny spokój. Tutaj rozproszeni przez wojsko demonstranci formowali na nowo swoje nadwątlone szeregi.
- Nie dacie rady - rzekł ojciec do tego, który wykrzykiwał "e-ech". - Trzeba wsunąć ławkę pomiędzy pręty i starać się je rozgiąć. Spróbujmy.
- Cóż, spróbować można.
Przy pomocy ojca i jeszcze dwóch ochotników ponowiono próby uwolnienia się z parku. Żelazne pręty pod naporem tej zaimprowizowanej dźwigni powoli zaczęły ustępować.
Znowu rozległa się komenda:
- E-e-ech! Mocniej! E-ech!
Ławka, pięć cali gruba, wyciosana z twardego dębowego pnia, raz i drugi zdawała się trzeszczeć. Ale upływ lat i zmiany pór roku zahartowały szlachetne drewno. Pręty rozginały się coraz szerzej...
W pierwszej dziesiątce przecisnęliśmy się przez powstałą w ogrodzeniu szparę. Bocznymi ulicami i zaułkami dotarliśmy do spokojniejszej dzielnicy miasta. Po drodze zobaczyliśmy jeszcze kobietę zabitą w dorożce; nogi jej wisiały w powietrzu, a z jednej podczas jazdy spadł walonek. Ludzie złorzeczyli carowi, krzyczeli: "Dałoj samodierżawie!" Jakiś robotnik wołał wygrażając pięścią: "Car nam wsypał, to i my jemu wsypiemy!"
Uczepiony ręki ojca, zziębnięty do szpiku kości i głodny, rozglądałem się obojętnie dokoła. Na śniegu tu i ówdzie widniały ślady krwi. Ludzie przemykali się pod domami. Przez plac, gdzie krzyżuje się pięć ulic, przejechał patrol. Przyśpieszyliśmy kroku.
Na Zabałkańskim Prospekcie weszliśmy do studenckiej stołówki, którą ojciec pamiętał jeszcze z czasów swoich studiów w Instytucie Technologicznym. Panowała tu wrzawa nie do opisania.
W trzech niedużych salach unosiły się kłęby dymu z papierosów, na podłodze chlupał topniejący błotnisty śnieg. Ale było ciepło. Przy dobrze napalonym piecu grzała się przemarznięta młodzież. Ci, co już zjedli, wybiegali na miasto, a ich miejsce przy stołach zajmowali inni, przynosząc nowe wiadomości, opowiadając to, co widzieli lub słyszeli.
Wymieniano nazwiska zabitych studentów. Wołano chórem: "Cześć im!" Wszyscy pomstowali na bezwzględne, bezlitosne zachowanie wojska.
- Czy to Rosjanie? To krwiopijcy i kaci! Precz! Precz z nimi!
Ojciec spotkał znajomego, młodszego brata inżyniera Żakowicza, i razem z nim jedliśmy obiad.
- Chce pan przedostać się na Wasiliewskij Ostrow? - zapytał zdumiony. - Mowy nie ma! Tam są barykady. Nawet Kozacy nie przejdą! Kule świszczą! Rewolucja na całego!
W stołówce siedzieliśmy dosyć długo posilając się i pijąc herbatę. Ogarnęło mnie błogie ciepło, znużenie, senność...
Studenci, z którymi ojciec wdał się w rozmowę, uważali, że z dzieckiem nie należy wychodzić za dnia na ulicę gdyż trwa jeszcze strzelanina. Toteż wyszliśmy dopiero, gdy zaczęło się ściemniać. Wsiedliśmy do sanek i bez dalszych przygód dotarliśmy do pałacyku, gdzie mieszkał profesor Minejko.
Portier przy wejściu oświadczył, że pan profesor nikogo nie przyjmuje. Wobec tego ojciec dał mu bilet wizytowy i wezwany przez portiera lokaj zaniósł go na górę na srebrnej tacy.
Po kilku minutach lokaj wrócił i oświadczył, że pan profesor prosi. Weszliśmy do gabinetu. Na kominku palił się ogień. Na parapecie i na biurku płonęły świece, gdyż w całym mieście zabrakło elektryczności i gazu. Ciężkie kotary zasłaniały okna, ściany niemal do połowy były pokryte ciemną boazerią. Puszysty dywan, ogromne meble, głębokie skórą kryte fotele, oszklona biblioteka, empirowe brązy - wszystko to tchnęło majestatycznym mieszczańskim przepychem.
Po dłuższym oczekiwaniu drzwi się wreszcie otworzyły i do gabinetu wszedł starszy pan z wypielęgnowaną siwą bródką, w złotych okularach - ten sam, który w parku Aleksandrowskim opatrywał rannego klęcząc na śniegu.
Gdy ojciec opowiedział całodzienne nasze dzieje, profesor Minejko zadzwonił i polecił lokajowi, aby przygotowano dla nas kolację i nocleg. Nie pomogły żadne sprzeciwy. Gościnność profesora Minejki była szczera i kategoryczna.
Przed kolacją odbyło się badanie lekarskie, podczas którego profesor dzielił się z ojcem swymi wrażeniami, nie tając niechęci dla rewolucyjnych nastrojów Petersburga i wyrażając pogardę dla władz carskich.
- Przecież Światopełk-Mirski to dureń, kompletny dureń! - wołał w uniesieniu, miętosząc mi równocześnie brzuch.
Diagnoza profesora była równie szczera i kategoryczna jak jego gościnność:
- Trzeba operować wyrostek robaczkowy na zimno, nie czekając na nowy atak. Najlepiej zrobić to na wiosnę. Można w Petersburgu, można w Warszawie. Macie tam zdolnego chirurga Leśniowskiego. No, tak. Chyba nie boisz się operacji, młodzieńcze? Co? A teraz przejdźmy do salonu, żona będzie bardzo rada...